Właśnie pisałem newsa na Popkillera o nadchodzącej płycie Lilu i tak się zacząłem zastanawiać jak to z nią będzie. Jej debiut był w końcu okropny. I nie mam na myśli, że był "dobry, ale nie spełnił pokładanych w nim nadziei". On był FATALNY. Parę plastikowych bitów i niezwykle drażniąca postawa w stylu: "Jestem taka fajna, tu nadstawię ciała, ale nie, nie, nie! Nie dostaniesz nawet kawałka! Bo jestem za fajna. I możesz płakać, bo jestem sexy, a seksapil to nasza broń kobieca, bla bla bla, faceci są tacy prości". To właśnie przez to ciężko mi było znieść "La". Za dużo przekonania o swojej zajebistości nieudokumentowanej absolutnie NICZYM na tym albumie. Płyta pusta jak dmuchana lala, bez jakiejkolwiek wartości. Szkoda, bo WdoWA pokazała swoją "Superextrą", że można nagrać płytę kobiecą bez sprowadzania wszystkiego do erotyzmu i wulgarności. Jest tam więcej materiału, nad którym można posiedzieć i pomyśleć, rzeczy autentycznie ciekawych i to nie ze względu na to, że osoba, która je stworzyła ma piersi.
Faceci naprawdę nie są tacy tępi by latać za jakąś płytą jak pies za kiełbasą tylko dlatego, bo autorka prowokuje swoimi tekstami i okładką. A przynajmniej nie wszyscy. WdoWA w porę to zrozumiała (pamiętacie wstępną wersję okładki z pierwszej płyty Wdowy? To była dopiero tragedia i wstyd). Czy Lilu także? Przekonamy się niedługo, ale jestem dobrej myśli. Singiel "Mama mówiła" jest naprawdę świetny, klimatem (zarówno utworu jak i klipu) przypomina mi dokonania Cee-Lo Greena z "Ladykillera", a to chyba wystarczająca rekomendacja. Tak więc czekam na ten album i liczę na to, że Lilu wyciągnęła odpowiednie wnioski. Szkoda by dziewczyna o takim talencie i niezwykłym głosie miała go zwyczajnie zmarnować.
Pamiętam jak bardzo zawiodłem się "La". Płytą od strony brzmieniowej co najwyżej poprawną, a od strony treści prezentującej się gdzieś o parę centymetrów (no dobra... jednak dobrych metrów) wyżej niż Mei z jej sztandarowym nazywaniem samej siebie "ostrą suką". Ja już wielokrotnie powtarzałem, że jestem chyba zbyt oldschoolowo wychowany, bo zwyczajnie takich tekstów nie rozumiem. Żeby było to zapodane z poczuciem humoru i dużą dawką ironii, wtedy bym zrozumiał tę wulgarność, ba, może nawet by mi się to podobało (pomijając oczywiście tragiczny poziom tej "raperki" od strony technicznej). Ale ona naprawdę albo w to wierzy sama, albo naprawdę chce byśmy uwierzyli my. Ale... po co?
Ja rozumiem, że dużo zapożyczamy z amerykańskiego rapu, ale czy to nie przesada? I ja nie mówię tego dlatego, bo jest przeciwnikiem kobiet. Wręcz przeciwnie, szanuję je i uwielbiam. Tym bardziej przykro mi patrzeć, że panie takie jak Mei same się nie szanują i uważają, że jedyne co mają do zaoferowania to ciało i seksapil. Sorry, na mnie to nie działa. Akurat tym mi żadna raperka nie zaimponuje. Tak samo jak nie imponuje mi Mes pijak i znawca kobiet. Imponuje mi ten Mes, który jest doskonałym warsztatowo raperem, w dodatku bardzo wrażliwym, potrafiącym doskonale uchwycić emocje w słowa i umieścić je w zwyczajnej kartce papieru. Coś co wisi powietrzu zostaje zaklęte w litery. Ludzie zdają się patrzeć za bardzo na image danych artystów, zupełnie zaś gubią głębię tego o czym mówią. Szkoda, bo zdarza się, że naprawdę poruszają niezwykle ciekawe tematy.
Od zawsze dla mnie najważniejsze w muzyce były emocje. Nie "prawdziwość", która tak naprawdę cholera wie, czym jest. Nie przeżycia. Nie przekaz kierowany w stronę słuchacza. Emocje. Poszukuję numerów, po przesłuchaniu których będę czuł to, co autor, nawet jeżeli nie są to prawdziwe historie. Wystarczy, że emocje są rzeczywiste. Taka nić porozumienia między mną, a artystą, dłoń wyciągnięta w stronę słuchacza. Nie lubię budowania barier, lubię kiedy autor zaprosi mnie do świata wykreowanego przez siebie w kawałku i w nim należycie ugości. Jest to przeżycie bliższe kinu i literaturze niż pokiwaniu głową do bitu i pozachwycaniu się basem.
Troszkę namieszałem rozpoczynając dwa kompletnie różne tematy, które przez to nie zostaną należycie rozwinięte. Wybaczcie mi ten brak profesjonalizmu. W rekompensacie postaram się połączyć te dwie myśli we wspólną klamrę. Kobiety bywają irytujące, doskonale to wiemy. Ale wiemy także, że są cholernie fascynujące. Są dużo bardziej emocjonalne od facetów, którzy znacznie częściej kierują się albo chłodną kalkulacją, albo... albo czymś innym. Brakuje mi kobiecej płyty, która byłaby bardzo osobista i bardzo kobieca, a przy tym stworzonej w taki sposób, by nawet faceci mogli ją zrozumieć. Bo byłoby to coś nowego, coś świeżego. Dlatego mnie boli to, że "Lilu" tak spieprzyła swój potencjał swoją pierwszą płytą, mam nadzieję, że tym razem to nadrobi . Tak jak zrobił to Fokus, który po fatalnej "Alfie i Omedze" podniósł się bardzo dobrymi "Prewersjami". Najbliżej perfekcyjnej kobiecej rapowej płyty była zdecydowanie "Superextra" chociaż nadto uniwersalna. Brakowało mi troszkę w tym wszystkim samej Wdowy, co absolutnie poprawiła w swoim fenomenalnym "Cholera 2" już po premierze płyty. Nieco dalej, Paresłów, duet Dore i Fali, którym zabrakło przede wszystkim wyobraźni i umiejętności. Jeszcze dalej jest Ania Sool, która poszła w kompletnie złą stronę - próbowała być bardziej męska niż nasi raperzy, co w praktyce wyszło przekomicznie.
Tak więc na ten ideał czekam nadal. A jeżeli zawiodę się także na "C/A" Lilu? Cóż, poczekam dalej. Wierzę, że warto.
poniedziałek, 28 listopada 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Podbijam zdanie o "Superextra". W ogóle lubię te kobiece płyty jakoś.
OdpowiedzUsuń na zawszemruczanka, na brzegu swiata, nasz zakatek, bla bla bla
OdpowiedzUsuń na zawszePozostaje żałować, że Lady K w swoim czasie nie nagrała płyty. Albo Aśka Tyszkiewicz solo. To byłoby coś :)
OdpowiedzUsuń na zawszeWdowa generalnie jest chyba najlepszą kobita na majku, zresztą wielu ich nie ma na scenie... A Lilu przeszła kosmiczną drogę, pamiętam ją jak zaczynała z 10 lat temu, koncerty we Lwowie, czy Łodzi...
OdpowiedzUsuń na zawszeEch, byli czasy...
Lilu trzyma poziom. Fajnie, że dalej coś nagrywa :)
OdpowiedzUsuń na zawsze