poniedziałek, 7 listopada 2011

Recenzja: Te-Tris - LOT 2011

Ciężkie musi być życie rapera, zwłaszcza takiego jak Tet. Od początku swojej działalności dał się poznać jako bitewny MC - czy to biorąc udział w WBW, czy też nagrywając numery braggadocio, o beefach nie wspominając. I tak oto przyległa do niego łatka, którą sam sobie zresztą wybrał - Te-Tris aka Punchline.

Jest przerażająco dużo opinii, że nowy album Teta zawiódł. Czy to prawda? Ale skądże znowu. Wydaje mi się, że to zwyczajne niezrozumienie intencji Adama. W końcu ile można nagrywać płyty, które w całości są grami słownymi przeplatanymi od czasu do czasu jakimś punchem? Niby rzeczywiście tego trochę zabrakło, ale gdybyśmy mówili o innym raperze, to nikomu by to przeszkadzało. Przyznacie chyba, że to podejście dość dziwne, bo jedyne czego powinniśmy oczekiwać od Tet-Trisa, to wysoki poziom materiału, jemu pozostawiając zaś wybór środków do osiągnięcia tego celu.

Może i nie ma już tak dużej ilości pomysłów na kawałki, morderczych linijek i zawiłych metafor jak wcześniej, ale tym razem pojawiły się fantastyczne, połączone klamrą spójności bity, które aż się proszą o nieco inną stylistykę rapu. Znakomite podkłady były także znakiem rozpoznawczym "Dwuznacznie", ale teraz jest zdecydowanie odważniej. Momentami bardziej mainstreamowo i nowocześnie, ale oczywiście w granicach rozsądku i z dużym szacunkiem dla klasyki. Doskonałe, śpiewane refreny to też raczej nowość w dyskografii Teta, chociaż trzeba oddać szacunek innym polskim raperom, którzy wydali w tym roku płyty - wydaje mi się, że jesteśmy świadkami pewnego rodzaju przełomu pod tym względem. Na szczęście, Adam Chrabin bynajmniej nie zostaje w tyle. Fajne jest zwłaszcza to, że do śpiewanych fragmentów zaprosił on mężczyznę, Dominika Łuniewskiego, a nie jakąś Joasię, koleżankę znajomej brata z bloku obok, co dotychczas było bardzo popularne na naszym podwórku. Dzięki temu całość zarówno wpada w ucho, jak i jest zaskakująco świeża. Teksty? Nawet jeżeli nie są szalenie odkrywcze, to już na pewno nie można im odebrać pewnego rodzaju charyzmy. Są bardzo autentyczne, pełne emocji i pasji - zwyczajnie zbyt dobre by ich nie doceniać.

Oczywiście idealnie nie jest, choćby przez ten przeklęty koncept. Do zarzucenia mam mu dwie rzeczy. Po pierwsze, w zapowiedziach nie powinno się tego materiału nazywać "albumem konceptualnym". Szczerze mówiąc to już "Dwuznacznie" jest bliższe tego określenia. Parę skitów i odniesień do latania to stanowczo za mało. Po drugie, sam album spokojnie mógłby istnieć bez niego, tak więc ten pomysł był zupełnie zbędny. Niby nie jest to jakaś wielka wada, przynajmniej dla mnie, ale jeżeli płyta się różni od zapowiedzi, to jest coś nie tak.

Skłamałbym jednak mówiąc, że "LOT 2011" mnie zawiódł. Absolutnie tak nie jest, mało tego, naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył. Między innymi dlatego, że nie ma tu ani jednego numeru, który bym chciał wyrzucić. Nie ma miejsca na nudę i znużenie, całość jest dopieszczona i wysmakowana, Te-Tris zadbał także o bardzo ważną rzecz - nie stara się grać pierwszych skrzypiec, raczej jest dopełnieniem fenomenalnej warstwy muzycznej i potrafi - tam gdzie trzeba - odsunąć się nieco w cień, by słuchacz mógł się nią swobodnie rozkoszować. Zero parcia na szkło, sto procent miłości do muzyki.

OCENA: 8/10

2 komentarze:

  1. Ja z kolei w przeciwieństwie do Ciebie nie rozumiem jak można tę płytę propsować. Zawiodła mnie na całej linii. Począwszy od zapowiadanego konceptu, którego nie ma, poprzez monotematyczność i brak pomysłu, kończąc na doborze bitów, które pewnie miały brzmieć nowocześnie itp., a brzmią sztucznie, tak samo jak refreny, wręcz disco-polowe.

    Nie mam zamiaru szukać w tej płycie innowacyjności, pójścia na przód i rozwoju, bo jedyne co znalazłem to tandeta.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Dałbym 6+, mimo, że to jednak Te-tris. Płyta jest słaba, zbyt "modna" i niefajna. Po częsci zgadzam się z k4k0

    OdpowiedzUsuń na zawsze